Przy pierwszym dziecku jest najtrudniej


Wychowuj
 / 
14 września 2014
 / 
by Katarzyna Kubiczek

– Podziwiam cię, trójka dzieci… Ja z jednym ledwo daję radę. Miło, gdy słyszę takie słowa, ale jeśli mam być szczera? Myślę, że na nie nie zasługuję. Nie jest prawdą, że pojawienie się każdego kolejnego dziecka pomnaża listę obowiązków. Z pierwszym jest zdecydowanie najciężej.

Z trybu „ja” nagle trzeba przestawić się na tryb „ono”

To chyba największa zmiana w życiu świeżo upieczonych rodziców. Dotąd mogłam drzemać niemalże zawsze wtedy, kiedy chciałam i robić wszystko to, na co miałam ochotę. Dzisiaj nie zastanawiałam się, czy mam w lodówce coś na jutro. Zwykle zaopatrywałam się w to, na co w danej chwili miałam ochotę. Wtorek nie myślał o środzie, a sobota wiedziała, że może polegać na niedzieli, która pozwoli wszystko odespać.

Z chwilą pojawienia się Mateusza zniknęły drzemki, jadłospis musiałam zacząć planować, co najmniej na kilka dni do przodu, bo każde wyjście do sklepu wiązało się z wyprawą niczym na biegun – pieluchy, jedzenie, coś na przebranie, gdyby się obrzygał itd. I jak się pewnie domyślacie z dnia na dzień nie udało mi się przestawić.

Z kolejnymi dziećmi nie ma takiego problemu, bo od dawna działamy w trybie „mam dziecko”.

Wiedza poradnikowa, a doświadczenie i intuicja

Przy pierwszym dziecku zdana byłam tylko na to, co przeczytałam. Nie wiedziałam, o czym mówią inne mamy, że rodzaj płaczu zdradza, co dziecku dolega. Pilnowałam drzemek i nawet, gdy to wiązało się z godzinnym usypianiem byłam przekonana, że warto, przecież wszędzie piszą, że tak ważny jest sen w prawidłowym rozwoju dziecka. Do tego wszystkiego dochodziła codzienna kąpiel i wieczorny rytuał, bez którego na pewno nie będzie mógł spać.

Przy kolejnym okazało się, że jak będzie zmęczony to na pewno zasygnalizuje. Płacz rzeczywiście różnił się, gdy płakał z głodu od tego, gdy coś mu dolegało lub po prostu domagał się towarzystwa. Natomiast wieczorna kąpiel jeśli się nie odbyła, nie wpływała w żaden sposób na przebieg nocy.

Wiedziałam już jak słuchać swojego dziecka i miałam odwagę by w wielu kwestiach zaufać swojemu instynktowi.

Dieta maluszka

Tutaj znowu wszystkie informacje o unikaniu soli, przypraw i smażonego w dziecięcym menu. Nie było wyjścia, musiałam osobno przygotowywać posiłki dla Mateusza i dla nas. Dwa obiady, dwa razy więcej naczyń, przynajmniej połowa więcej czasu na przygotowanie.

Dopiero z czasem do naszego menu zaczęły wkradać się zioła, które są wręcz wskazane w przygotowywaniu posiłków dla dzieci i tym sposobem udało nam się jednak połączyć to, co odpowiadało nam i nie wykluczało z naszego obiadu Mateusza.

Druga sprawa – dziecko musi jeść. Pisałam już o tym, że Mateusz nie był dzieckiem łatwym, jeśli chodzi o jedzenie, więc różnymi sztuczkami zmuszałam go, by zjadł chociaż kilka łyżek. Często trwało to naprawdę długo i kończyło się wymiotami, sprzątaniem i angażowaniem w to wszystko cennej energii.

Z oczywistych względów pominę tutaj Filipa, bo jego przypadek był zupełnie inną historią (klik) i przejdę od razu do Jagody. Przy niej wiedziałam już, że skoro nie chce jeść to na pewno nie jest głodna, więc nie spędzałam bezsensownych godzin na wmuszanie w nią jedzenia. Byłam przekonana, że skoro Mateusz się nie zagłodził to z pewnością i ona nie potrzebuje tak zróżnicowanej diety, o której możemy przeczytać w setkach publikacji na ten temat. Zresztą to podejście uratowało mnie również przy Filipie. Gdyby był pierwszym dzieckiem, na pewno wylądowałbym w psychiatryku. Okazało się także, że jak zje trochę smażonego to nic strasznego jej się nie stanie, a ostre przyprawy zapobiegają na przykład robaczycy, więc przygotowywanie posiłków przestało być tak restrykcyjne.

„Kochanie muszę zostać dłużej”

Wiadomo jak zareagowałbym na taki telefon zanim zostałam mamą – wykręciłabym numer przyjaciółki i zaplanowałybyśmy miły babski wieczór, a tak pozostało siedzieć i płakać. I muszę się przyznać, że dokładnie pamiętam te łzy, ten ból kręgosłupa i to okropne pragnienie, by ktoś w końcu, choć na chwilę go ode mnie zabrał

Każdy dzień taki sam, wstajesz, przewijasz, karmisz, zabawiasz, usypiasz, karmisz… Około południa dociera do Ciebie, że jeszcze nic nie jadłaś, ale w tej chwili nie masz czasu, bo… przewijasz, zabawiasz…

Godzinę przed planowanym powrotem męża, częściej zaglądałam do okna, a mniej więcej pół godziny przed, na wszelki wypadek nie opuszczałam przedpokoju, by nie przeoczyć momentu, że już wszedł i może zająć się dzieckiem.

Nagle on zamiast do drzwi dzwoni na komórkę, której wyświetlacz zaśliniony przez ukochane dziecko nie zdradzał, czyj głos usłyszę, po przyciśnięciu zielonej słuchawki: – Kochanie, mam nadzieję, że miło Ci leci dzień, ja muszę zostać dłużej. Kocham Was, nie mogę rozmawiać …. Pip pip pip.

Jak to godzinę dłużej? I znowu to ja karmię, usypiam, zabawiam i karmię….

Z czasem kręgosłup tak bardzo przyzwyczaił się, do dziecka siedzącego na lewym lub prawym biodrze, że nawet po całodziennym dźwiganiu nie odczuwałam bólu. Oczekiwanie przyjęło więc zupełnie inną formę i nie było już tak sztywno określane godzinami. Oczywiście zależy mi byśmy jak najwięcej czasu spędzali razem, ale nie odliczam do jego powrotu.

Wizja ideału

Po urodzeniu Mateusz chciałam by wszystko było idealne. On czyściutki zadbany, wypucowany, mieszkanie wysprzątane, codziennie przygotowany świeży obiad itd. Na początku świetnie mi to nawet wychodziło. Tylko jak Mateusz zaczynał rezygnować z wielogodzinnego spania i coraz więcej czasu poświęcałam na zabawianie go, wtedy wszystko stawało się coraz trudniejsze. Chodziłam coraz bardziej niewyspana i sfrustrowana.

Na szczęście przyszedł taki czas, gdy zrozumiałam, że szczęśliwe dziecko to brudne dziecko, a szczęśliwy dom to szczęśliwa mama, a nie idealnie wypucowana podłoga. Nagle okazało się, że jak jeden dzień nie zjemy obiadu to nikomu nic się nie stanie. Dzisiaj, gdy moja mama mówi, że mogłabym coś zrobić ze stertą dokumentów zalegających na parapecie odpowiadam, że wszystkie „niedopieszczone” miejsca tego domu są jego duszą. Pozbawiona wizji ideału jestem bardziej idealna, zrelaksowana i mam zdecydowanie więcej czasu dla siebie i dzieci.

Dziecko uczy organizacji, a doba staje się dłuższa

Zawsze wydawało mi się, że jestem osobą dobrze zorganizowaną, ale o tym jak bardzo się myliłam dowiedziałam się dopiero po urodzeniu Mateusza. Moja wizja zorganizowanej siebie prysła jak bańka mydlana. Nagle okazało się, że zapomniałam jak wygląda maskara, śniadanie zjadałam w porze podwieczorku, a gdy otwierałam szafę by wyjść z dzieckiem na dwór, okazywało się, że nie ma w niej ani jednej czystej bluzki. Nic tylko usiąść i płakać.

Chwilę to trwało zanim nauczyłam się tak zarządzać dniem, by bez problemu znaleźć czas na poranną kawę, popołudniową książkę i wieczorne wyjście na fitness nie zaniedbując przy tym swoich domowych obowiązków i czasu, który spędzam z dziećmi.

A Wy jak uważacie, czy rzeczywiście z pierwszym dzieckiem jest najtrudniej?

Do czego podchodzicie zupełnie inaczej przy kolejnym dziecku?

Pokaż ten wpis światu

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress