Odbudowywanie odporności dziecka


Podpatruj
 / 
16 maja 2013
 / 
by Katarzyna Kubiczek

Ten tekst napisałam 16 maja 2013 roku. Dzisiaj mamy 2 września i Jagoda do tej pory nie przyjęła żadnego antybiotyku, a miniony (2013/2014) sezon infekcyjny niemalże nas nie dotyczył. W tym roku zakończyliśmy już miesięczną kurację polivaccinum mite i czekamy na szczepionki przeciw grypie.

Walka o odporność dziecka przypomina podążanie tunelem, w którym choć widzimy światełko czujemy się zagubieni. Dręczą nas wątpliwości – nie ma gorszego uczucia niż strach o istotę, za którą dobrowolnie oddalibyśmy życie.

TUTAJ pokrótce opisywałam historię choroby Jagody. Związane to było z załamaniem, które przechodziłam, ponieważ ona jeszcze dobrze nie wyszła z jednej infekcji, a już znowu zaczynała kaszleć w nocy, co do tej pory oznaczało kolejną infekcję. We wtorek poszłam z nią do lekarza została osłuchana i na szczęście moje podejrzenia się nie potwierdziły. Nawet została zaszczepiona na pneumokoki i skojarzoną, które powinny być podane w grudniu zeszłego roku, tylko wiecznie była chora, więc wyszło jak wyszło. Najważniejsze, że w końcu udało się ją zaszczepić. Jak wspomniałam w poniedziałek miałam takiego „doła” i taki kryzys, że przestałam wierzyć w wyciągnięcie jej i gdyby ktoś wtedy postawił mi butlę z antybiotykiem nie wiem, czy bym nie podała, ale wróćmy do grudnia 2012 roku, kiedy to z zapaleniem płuc trafiła do szpitala.

Spędziłyśmy tam tydzień, oczywiście od razu dostała kolejny, tym razem dożylni, antybiotyk i po 7 dniach wyszła całkowicie zdrowa, bez najmniejszego nawet kaszlu, z zaleceniem podawania jej tylko witamin.  W takim stanie wytrzymała trzy dni, na czwarty dzień z gorączką nieprzekraczającą 39 stopni przeleżała cały dzień ( ja nie zbijam takiej temperatury). Na następny dzień pojawił się kaszel. Poszły w ruch bańki, inhalacje i o dziwo wyszła, czyli musiała to być jakieś przeziębienie.

W szpitalu potwierdzili jeszcze to, że Jagoda nie posiada żadnej odporności i teraz muszę zrobić wszystko, by nie dostała więcej antybiotyku, jeśli to nie będzie oczywiście angina, bo tylko angina z chorób układu oddechowego wymaga antybiotykoterapii, ze względu na to, że ma charakter bakteryjny i może wiązać się z bardzo poważnymi powikłaniami. Zalecili jeszcze konsultację w centrum zaburzeń odporności.

W związku z tym wszystkim, co usłyszałam zaczęła się nasza walka o przywrócenie Jagody do stanu sprzed przyjmowania antybiotyków. Styczeń, więc sezon w pełni infekcyjny, chłopaki w przedszkolu, wiecznie czymś innym ją „częstowali” i tak właściwie ona przez calusieńki czas do teraz (od kilku dni jest zdrowa, choć tak jak pisałam kaszle) była chora. Dwa, trzy dni przerwy i kolejna infekcja. Woda z nosa, suchy kaszel, po dwóch dniach mokry, utrzymujący się do trzech tygodni, dwa dni przerwy i na nowo. Do przychodni nie chodziłam z nią w ogóle, żeby czegoś więcej nie złapała. Czasami konsultowałam jej stan telefonicznie z lekarką od baniek, a gdy byłam już naprawdę bardzo zaniepokojona, jechałam do niej by ją osłuchała (przez te 5 miesięcy może trzy razy).  Dwa razy okazało się, że ma zapalenie oskrzeli i z tego również wyszła bez antybiotyku.

Na dzień dzisiejszy mam tak silnie wbite do głowy, że właściwie wszystkie infekcje dróg oddechowych u dzieci są  wirusowe, że nikt by mnie nie przekonał, że w pierwszych dwóch tygodniach choroby trzeba podać antybiotyk. U Jagody infekcja trwa nawet trzy tygodnie.

Generalnie pani od baniek wywróciła do góry nogami wszystko, co do tej pory mówili lekarze i choć z początku byłam bardzo sceptycznie nastawiona, dzisiaj mam do niej pełne zaufanie. Od tamtej pory zarówno Filip ( bo on też choruje dość często) jak i Jagoda nie dostają żadnych lekarstw oprócz tych pobudzających odporność – bańki, esberitox, polivaccinum mite i szczepienie przeciw grypie. W przypadku suchego kaszlu inhaluję berodualen z soloą fizjologiczną (cała ampułka), gdy kaszel zrobi się mokry najpierw sadzam na berodual z solą, a po 20 minutach na 2ml mucosolvanu. Gorączki nie przekraczającej 39 stopni nie zbijam. Oprócz tego nic więcej nie podaję i to wystarczy. Jedno i drugie jak na razie wychodzi, a Jagoda antybiotykowana średnio dwa razy w miesiącu, odkąd skończyła 4 m-c życia, od grudnia, czyli już 5 m-cy nie dostała antybiotyku.

Wszystko, co przeszłam sprawiło, że nie mam zaufania (oprócz pani od baniek) do lekarzy. Nie rozumiem, dlaczego od razu podają antybiotyki, skoro tyle lat uczyli się, że antybiotyk nie działa na wirusy, a podanie go prowadzi tylko i wyłącznie do obniżenia odporności, więc organizm zamiast walczyć, gdy dochodzi do infekcji, zostaje zaatakowany antybiotykiem i się osłabia.  Gdy dziecko załóżmy zachoruje na grypę, która rozpoczyna się wysoką gorączką, idziemy do lekarza i pediatra daje (przynajmniej u nas tak zawsze było) jakieś syropki i każe zbijać gorączkę. Za kilka dni każe przyjść do kontroli, na której okazuje się, że dziecko nadal gorączkuję lub nie gorączkuje, ale gardło jest czerwone, dziecko kaszle, więc wypisuje antybiotyk, bo poprawy nie widać. Tymczasem nie trzeba nawet być lekarzem, żeby dotrzeć do informacji jak przebiega grypa. Właśnie w 4-tej, 5-tej dobie może wystąpić zaostrzenie choroby, po którym stan się stabilizuje, ustaje gorączka i dziecko wraca do zdrowia. Wszystko trwa średnio właśnie dwa tygodnie (choć może trwać dłużej)

Mimo, że mamy połowę maja i sezon infekcyjny już się skończył, nie wiem czy Jagoda już nie zachoruje. Mam taką nadzieję i mocno w to wierzą, ale zobaczymy. Na pewno już muszę zbierać siły, które będą mi potrzebne do zmierzenia się z kolejnym sezonem infekcyjnym, choć pani od baniek mówi, że już teraz będę widziała dużą poprawę. Napiszę wam na pewno jak będzie.

 

Zachęcam Was do dyskusji. Napiszcie czy Wasi pediatrzy sięgają po antybiotyk tylko w ostateczności?

 

Pokaż ten wpis światu

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress