Kiedyś wcale nie było lepiej


Żyj
 / 
19 lutego 2015
 / 
by Katarzyna Kubiczek

Sieć zalewana jest informacjami młodych rodziców, którzy  zachwycają się swoim dzieciństwem. Wracają wspomnieniami do czasów, gdy wakacje spędzali na trzepaku, gdy pili oranżadę z foliowych woreczków i nikogo nie obchodziło to, że się nudzą i kolejny dzień spędzą na niczym.

Nie rozumiem, w czym niby mieliśmy lepiej? Rodzice nie poświęcający swoim dzieciom minimalnej ilości czasu. Pamiętam dzieci, które pytane dlaczego nie zwrócisz się z tym do matki, czy ojca odpowiadały, że ich to nie obchodzi. To były dzieci z normalnych (czytaj. niepatologicznych) rodzin. Owszem pamiętam trzepak, ale chętniej wspominam ojca koleżanki, który zabierał nas, całym podwórkiem na piesze wycieczki. To było wydarzenie.

Pamiętam doskonale kolegę, który z zamiłowania do piłki ręcznej chciał by rodzice zapisali go do szkoły sportowej, ale nie było o tym mowy. Wiecie dlaczego? Bo musieliby go do tej szkoły wozić. Jego ojciec nie mógłby leżeć na kanapie wpatrzony w telewizor, musiałby poświęcić mu trochę swojego cennego czasu.

Klaps? Kto by sobie nim wtedy głowę zawracał, Ci którzy dostawali klapsy byli szczęśliwcami, reszta za to, że niegrzeczna dostawała lanie pasem, niejednokrotnie bawiąc się na podwórku słyszeliśmy wrzaski i wykrzykiwane prośby – tatusiu nie bij już nie będę.

Minimum raz dziennie – nie pyskuj. Pyskowaniem było wszystko, każdy przejaw własnego zdania, każda próba wyrażenia swojej opinii.

– Gdy będziesz miał tyle lat co ja to porozmawiamy, a tymczasem masz robić to co ci każę, przynajmniej do czasu gdy mieszkasz u mnie w domu.

Za wszystko mieliśmy być wdzięczni. Nie mieliśmy prawa do jakiegokolwiek niezadowolenia.

Ile razy człowiek chciał zapytać o coś czego nie rozumiał, ale nie potrafił bo od razu wiadomo  było, że to temat nie dla dzieci i że dowie się w swoim czasie.

– Izaaaaaa! Choć na dwór! – ktoś krzyczał pod blokiem.

– Nie mogę, muszę Franka przebrać i położyć spać.

Franek był młodszym bratem Izy, co z tego, że to przecież nie jej dziecko bo ona miała dopiero 9 lat i na pewno niedojrzała jeszcze do roli matki, zajmować się nim musiała prawie na równi ze swoją mamą, gdy ta ostatkiem sił obiad dla spracowanego męża przygotowywała. Przychodził taki do domu brał gazetę, włączał telewizor, nogę na nogę zarzucił i ani mu przez myśl nie przeszło by z dzieckiem w piłkę na podwórku zagrać.

Do tego wszystkiego ten dym papierosowy. Kogo byś w tamtych czasach nie odwiedził wszędzie ten obrzydliwy zapach taniej nikotyny i dzieci duszące się w tych oparach. Nie mieliśmy nic do gadania przecież dzieci i ryby głosu nie miały.

Sory, ale ja nie dostrzegam sielanki. Fakt, fajnie wspominam podwórko pełne dzieci, gry w państwa miasta, w gumę, w grzybki, w butelkę w klubie w piwnicy i zabawy na budowie. O zgrozo!  Bawiliśmy się na placu budowy, gdy obok naszych bloków powstawało nowe osiedle. Betoniarki, skakanie po fundamentach i takie tam. Jednak takie wybiórcze zachwycanie się tym co było do niczego nie prowadzi. Pamiętajcie, że nasz dzieci mogą mieć i to co wspominamy z łezką wzruszenia w oku, jak również to przez co płakaliśmy do poduszki. Wystarczy przestać na nie chuchać i dmuchać i zamiast tego puścić same na dwór. Poważnie to nie takie straszne, wystarczy wyłączyć w swojej głowie głos przypominający o czającym się za rogiem Trynkiewiczem. Nasze dzieci bardzo dużo czasu spędzają same na dworze, na rolkach, w bazach na górkach, skaczą w gumę (zwykle stoją, dziewczyny to od małego wiedzą jak tych facetów wykorzystać 😉 ), bawią się w raz, dwa, trzy baba jaga patrzy. Pamiętacie tą zabawę? Ja doskonale.

Pokaż ten wpis światu
  • Gość

    Ech, nie każde, moje było straszne.

    • http://www.lefti.pl/ Lefti

      :(

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress