Dzisiaj byłam w przedszkolu świadkiem pewnej sytuacji. Z gabinetu Pani Dyrektor wyszły dwie mamy. Jedna z dzieckiem w wózku, druga z przyszłym przedszkolakiem, jak się po chwili okazało. Gdy ta mama z wózkiem coś w nim poprawiała, ta druga mówi do swojego syna:

  • – widzisz to jest przedszkole, od września będziesz tu chodził.

Zajęta ogarnianiem rzeczy chłopaków, nie zauważyłam jak zareagowało dziecko, może się uśmiechnęło, na pewno nic nie powiedziało, matka kontynuuje swoją wypowiedź:

  • – zobacz tu są dzieci, które nie płaczą… widzisz? Ty też nie będziesz płakał, prawda?

Chłopiec się uśmiechnął, po czym matka dodała jeszcze, z półuśmiechem na twarzy:

  • – chciałabym to widzieć?

 Czy tacy rodzice naprawdę nie zdają sobie sprawy, że poprzez takie rozmowy, dają dziecku gotowy scenariusz na to, jak powinno się zachowywać rozpoczynając edukację przedszkolną? Dziecko widzi uśmiechnięte dzieci, opowiadające swojej mamie, co dzisiaj robiły i o tym, że Pani przeczytała im aż pięć opowiadań z ich ulubionej książki – właśnie o tym opowiadali mi w tej chwili chłopaki –  obrazek całkowicie radosny, a tu mama wyskakuje z takimi rewelacjami. W głowie dziecka, myślę, od razu zapala się lampka o wspomnianym płaczu. Prawie na pewno taka mama, w domu kontynuuje instruowanie dziecka, z czym wiąże się pobyt w przedszkolu, że nie ma rodziców i takie tam. Może nie robi tego teraz, tyle miesięcy przed faktem, ale jakoś trudno mi uwierzyć, że bliżej września daruje sobie takie komentarze.

I jak po tym wszystkim, takie dziecko ma iść do przedszkola i  dobrze się tam bawić? Zanim jeszcze pierwszy raz tu przyszedł, jest tak przepełniony obawami mamy, że nie ma szans na łagodne zaprzyjaźnienie się z placówką. Myślę, że boi się tego, co go czeka.

Mama niby zapewnia o dobrej zabawie i o dzieciach, z którymi będę robił wiele ciekawych rzeczy, ale jednocześnie podkreśla, żebym nie płakał. Coś tu jest nie tak, przecież dobra zabawa nie ma nic wspólnego z płaczem? Mam dopiero trzy lata, ale doskonale wiem, że tak jest, więc coś się tutaj nie zgadza? Nie chcę tam iść, wolę zostać w domu, gdzie wszystko jest bardziej jasne i nikt mnie nie zapewnia, że nie mogę płakać, bo tam będzie wiele fajnych zabawek, a te osiem godzin szybko minie i mama po mnie przyjdzie… nie ja na pewno nie chcę tam iść.

Czy rodzice nie potrafią powstrzymać się od takich wypowiedzi i po prostu pozwolić dziecku zareagować w swój własny, nienarzucony przez nikogo sposób? Będzie płakał, będziecie rozmawiać o płaczu. Będzie czuł się osamotniony, bo rodzice daleko, będziecie rozmawiać o osamotnieniu. Będzie czuł się zagubiony, bo dzieci jakoś tak dużo, będziecie rozmawiać o zagubieniu. Będzie narzekał na zupę pomidorową, bo mama robi lepszą, będziecie rozmawiać o zupie pomidorowej. Nie wyprzedajmy faktów, bo jakby nam się nie wydawało, że znamy swoje dzieci, to nie jesteśmy w stanie przewidzieć ich reakcji.

Już dwa razy przez to przechodziłam i w obu przypadkach było inaczej, ale nie było źle. Obeszło się bez odrywania od szyi, bez spazmatycznego płaczu i bez histerii w szatni.

Mateuszowi wszyscy wokół wróżyli, że pójście do przedszkola będzie dla niego bardzo ciężkie, bo z niego od zawsze był straszny maminsynek. Tymczasem on właściwie nie płakał. Z początku obawy pojawiały się wieczorami, gdy szedł spać oraz rano w drodze, dopytywał się, czy na pewno po niego przyjdę? I tyle, łez było niewiele i właściwie od początku polubił przedszkole.

Filip,  dużo bardziej merytorycznie przygotowany do roli przedszkolaka, bo przecież codziennie rano odprowadzał Mateusza i codziennie po niego przychodził. Odkąd skończył dwa lata nie mógł doczekać się, kiedy on też pójdzie do przedszkola. W końcu nadszedł ten długo wyczekiwany 3 września. W podskokach maszerował i całą drogę, dumnie powtarzał, że idzie do przedszkola. Pierwsze rozstanie, szybki buziak i tyle go widziałam, zniknął gdzieś w tłumie innych dzieci.  Niestety tylko ten dzień był taki radosny. Jego adaptacja trwała 3 tygodnie. Popłakiwał i mówił, że on nie chce chodzić do przedszkola. Pytany, dlaczego? Odpowiadał, że tam dzieci płaczą i jemu wtedy też chce się płakać. Nie było tragedii i po tym czasie przestał po prostu przejmować się płaczącymi dziećmi. Od tamtej pory uwielbia przedszkole.

W obu przypadkach najtrudniejsze były wieczory, gdy szykowali się do spania, pojawiał się strach przed jutrzejszym pójściem do przedszkola. Nigdy wtedy nie wdawałam się w dyskusje na ten temat. Mówiłam, że przeczytam im teraz bajkę i pójdą spać, a rano wrócimy do rozmowy.

Dlaczego tak robiłam? Gdy byłam małą dziewczynką moją ulubioną bajką była „Mądralinka”, która powtarzała swojemu ojcu:

– (…) Nie martw się, ojcze, ranek jest mądrzejszy niż wieczór (…)

W myśl tych słów uważałam, że nie warto przed snem wdawać się w rozmowy na temat ich obaw i tego, co ich przeraża.  Rano było łatwiej i już nie tak strasznie.

Kolejną sprawą jest pożegnanie. Wszyscy wiemy, że im dłuższe ty trudniejsze. Nawet będąc dorosłymi w wielu sytuacjach wolimy pożegnać się szybko, by smutek związany z rozstaniem nie narastał. W tych pierwszych dniach w przedszkolu warto o tym pamiętać. Ja buziaki dawałam im jeszcze w szatni, by od razu po wprowadzeniu do grupy móc odejść. Tymczasem wielu rodziców zostawało w sali i przeciągało przytulanie i tłumaczenie. Dzieci płakały i coraz mocniej zaciskały rączki na szyjach rodziców. Myślę, że w momencie przekroczenia progu przedszkola nie ma czasu na żadne tłumaczenia. To nie ten moment… trzeba skrócić czas rozstania do minimum, a na rozmowy przyjdzie czas, na przykład w drodze powrotnej do domu, gdy dziecko znowu będzie czuło się bezpiecznie.

 

 

 

 

 

 

 

Pokaż ten wpis światu

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress