Jak odzyskać figurę po ciąży?


Żyj
 / 
8 marca 2013
 / 
by Katarzyna Kubiczek

W ciąży z Mateuszem przytyłam ponad 30 kg, które niestety nie wyparowały wraz z porodem ani po nim. Z jednej strony byłam najszczęśliwszą mamą na świecie, bo w końcu spełniło się moje największe marzenie. Z drugiej jednak strony, patrzyłam w lustro, na to jak wyglądam i nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego musiałam zapłacić za to tak wysoką cenę? Nigdy nie należałam do osób bardzo chudych i zawsze chciałam zgubić kilka kilogramów, ale to co zrobiło się z moim ciałem w czasie ciąży i po niej, przeszło moje najgorsze wyobrażenia. Nie wiem ile ważyłam, bo ostatni raz stanęłam na wadze na początku ostatniego miesiąca ciąży i zobaczyłam wtedy 97 kg. Od tamtej pory, bardzo długo nie odważyłam się zważyć, więc nie wiem, jaką cyfrę osiągnęłam w dniu porodu – na pewno trzycyfrową.

 Tak jak pisałam, radość przeplatała się z rozczarowaniem. Często oglądałam swoje zdjęcia z przed ciąży i nie mogłam uwierzyć, że osoba, którą widzę na fotografiach i ta, która stoi przede mną w lustrze, to ta sama ja. Nie wiem czy, ktoś z moich najbliższych widział moje łzy, ale zdarzało mi się wtedy płakać. Przecież nie tak wyobrażałam sobie macierzyństwo. Miało być tak pięknie i kolorowo a tu proszę, wyglądam jak… brakuje słów by opisać to, co czułam.

 Później znowu zaszłam w ciążę z Filipem, co prawda już tyle nie przytyłam, ale w związku z dużą wagą wyjściową znowu zaliczyłam prawie setkę. Urodziłam Filipa i gdy miał 3-mce postanowiłam, że zamiast się nad sobą użalać, muszę zawalczyć o to, co straciłam. Wieczorem 15 października 2009 roku przygotowałam sobie strój do biegania, nastawiłam budzik na 6 rano i tak zaczęła się moja przygoda z bieganiem. Co drugi dzień 40 kółek na około osiedla w pozostałe dni brzuszki ok. 220 w serii – korzystałam z płyty „Ty też możesz mieć taki brzuch” Tamilee. Oprócz tego wykupiłam dietę na jednym z dostępnych portali dietetycznych. Musiałam tam podać trochę nieprawdziwe dane, bo rzekomo nie wolno stosować żadnych diet jak się karmi piersią. Z pewnością niektóre z Was pomyślały teraz, że to nieodpowiedzialne, ale jak ze wszystkim inny w moim, życiu, również i tą decyzję dobrze przemyślałam. Jeśli mama odżywia się zdrowo, to rzeczywiście nie powinna stosować diet, ale ja do takich mam nie należałam. Moje codzienne jedzenie składało się głównie ze słodyczy, słodkich napojów i niezdrowych smażonych posiłków. Diety oferowane na tym portalu były dietami niskokalorycznymi, bardzo zróżnicowanymi, bogatymi w owoce, warzywa, kasze, ryże, gotowane mięsa, ciemne pieczywo i różnego rodzaju ziarna. Wszystko to i regularność posiłków (śniadanie, obiad i kolacja, a pomiędzy nimi dwie przekąski), gwarantowało sukces. Wypełniając ankietę zgłosiłam oczywiści, że karmię piersią tylko napisałam, że dziecko ma już skończone 6 m-cy.

Tak zaczęła się moja przygoda z „odzyskaniem siebie”. Jak to zwykle bywa, po dwóch tygodniach, pojawiły się pewne przeciwności losu, a mianowicie okazało się, że bieganie po asfalcie tak obciążyło moje stawy (jestem nieszczęśliwą posiadaczką reumatyzmu), że któregoś dnia nie mogłam zejść po schodach. Wysiadły mi kolana, biodra i kostki. Już wcześniej czułam, że mnie bolą od tego biegania, ale nie myślałam, że będzie aż tak źle. Liczyłam na to, że organizm się przyzwyczai i samo przejdzie. Okazało się inaczej… nie poddałam się jednak, tylko od razu zaczęłam poszukiwać informacji, jak w domowych warunkach można zgubić zbędne kilogramy, nie obciążając przy tym stawów? Jeszcze jednym ograniczeniem było niewielkie mieszkanie, więc nie mogłam postawić na środku pokoju Atlasu.

 Wszędzie było napisane, że najlepszy w takim przypadku jest steper. Nie zastanawiając się ani minuty, zakupiłam więc steper skośny i tak zaczęła się moja z nim przygoda. Co drugi dzień gdy położyłam dzieciaki spać, 40 min chodziłam na steperze, później 30 min kręciłam hula hop (15 min w jedną stronę, 15 min w drugą), takim anionowym dla dorosłych. Brzuszki i dieta bez zmian. Mimo, że po całym dniu z chłopakami byłam naprawdę wykończona, ani razu nie odpuściłam i wiedziałam, że jak raz się poddam to będzie kolejny i kolejny, a na to nie mogłam sobie pozwolić. Na lodówce powiesiłam moje ulubione zdjęcie z wakacji przed ciążami, tapetę w komputerze też zmieniłam na to zdjęcie i tak zewsząd motywowana wiedziałam, że muszę osiągnąć postawiony sobie cel.

 Na pierwsze efekty nie musiałam długo czekać. Jak dzisiaj pamiętam, że w pierwszym tygodniu straciłam 3,5 kg. Był to efekt wyrównania się wody w organizmie, który już nie musiał jej magazynować, ponieważ regularnie codziennie wypijałam 1,5 litra  niegazowanej oraz minimum trzy zielone herbaty. Każdego następnego tygodnia traciłam kilogram. I tak na Święta Bożego Narodzenia z wagą ok. 60 kg czułam się jak milion dolarów. Jednak cel jeszcze nie został osiągnięty, nadal dążyłam do wagi 57 kg, więc mimo wszystkich komentarzy, które były muzyką dla moich uszu, nie odpuściłam. Nadal ćwiczyłam i stosowałam dietę. W lutym  na wadze zobaczyłam wymarzone 57. Zaczęła się dieta stabilizacyjna, wyluzowałam trochę z ćwiczeniami i cieszyłam się „nową sobą”.

 W październiku okazało się, że jestem w ciąży z Jagodą, ale tym razem wiedziałam już, że nie mogę doprowadzić się do podobnego stanu. W związku z tym, że ciąża od początku przebiegała prawidłowo, jakiś czas nadal chodziłam na steperze, tylko wolniej i wciąż przestrzegałam regularności posiłków. W ciąży przytyłam tylko 12 kg, które zgubiłam praktycznie w momencie porodu. Bardzo szybko wróciłam do wagi z przed ciąży.

 Dziś jestem najszczęśliwszą mamą na świecie. Już nie mam poczucia, że za to szczęście zapłaciłam wysoką cenę w postaci tego jak wyglądam i polecam wszystkim tym mamom, które nie potrafią zaakceptować swojego ciała po ciąży by podjęły tą walkę. NAPRAWDĘ WARTO i przy dobrej organizacji da się osiągnąć cel bez wychodzenia na siłownię, fitness czy gdziekolwiek indziej. Oczywiście łatwiej byłoby iść na siłownię, oderwać się trochę od dzieci i przy okazji pod okiem trenera zgubić nadprogramowe kilogramy.  Tylko ciężko wyjść, poćwiczyć i zdążyć na kolejne karmienie za ok. 1,5 godziny.

 Dziewczyny siedzenie w domu, użalanie się nad sobą i tłumaczenie, że przy dzieciach nie można  zrobić niczego dla siebie, nie ma sensu. Zawsze można podjąć walkę o siebie, a nawet trzeba, ponieważ szczęśliwe dziecko to takie, którego mama jest spełniona i uśmiechnięta. Kocham swoje dzieci najbardziej na świecie, ale wiem, że gdybym nie podjęła tego wyzwania, do końca życia, z tyłu głowy miałabym świadomość, że choć nie wyobrażam sobie bez nich życia, to musiałam  dla nich dużo poświęcić. Nie ma piękniejszego obrazka, niż kobieta dobrze czująca się ze swoim ciałem. Otoczona dziećmi, z którymi wiąże się wiele obowiązków, a mimo to zadbana, podkreślająca swoją kobiecość i w pełni akceptująca swoje ciało.

 Jak większość innych kobiet, nadal widzę rzeczy, które chciałabym w sobie zmienić ale wiem, że na to już nie mam wpływu. Moje ciało wydało na świat troje dzieci, więc naturalnym jest, że zmieniły się niektóre partie. Akceptuję to w sobie, co nie oznacza jednocześnie, że gdyby pojawiły się możliwości, by coś z tym zrobić, nie podjęłabym wyzwania.

ok 76 kg                                                                57 kg

Autor Katarzyna Kubiczek

Pokaż ten wpis światu

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress